O poecie

Andrzej Trzebiński

POLSKI POETA, DRAMATURG,
KRYTYK LITERACKI, PUBLICYSTA



Kiedy został rozstrzelany przez Niemców w listopadzie 1943 roku Andrzej Trzebiński nie miał jeszcze 22 lat. Mimo tego zarówno on, tak jak jego koledzy ze środowiska „Sztuki i Narodu”, a także szerzej – z pokolenia wojennego – na trwałe wpisali się do historii polskiej literatury i kultury.


Stało się tak, bowiem lata okupacji przeżywali z nadzwyczajną intensywnością. Sam Trzebiński był jednocześnie aktywny jako poeta, prozaik, dramatopisarz, publicysta, redaktor podziemnego pisma literackiego, szef kolportażu podziemnej organizacji, student podziemnego Uniwersytetu Warszawskiego. Jednocześnie pracował na swoje utrzymanie jako rykszarz, roznosiciel ciastek, tracz na kolei. Młodzieńczy zapał i brawura, napięcie psychiczne powodowane okupacją, ciągły brak czasu na realizację zamierzonych postanowień prowadziły do życia, które swą intensywnością ocierało się nawet o szaleństwo.


Tak pisał o tym sam Trzebiński w swoim Pamiętniku :

prowadzę tryb życia kurewsko zjadliwy. Zjadający siły. wczoraj nie spałem całą noc i w dzień nawet się nie zdrzemnąłem. dziś wstałem jeszcze o kompletnej nocy, gdzieś o wpół-do-szóstej. jutro to samo. jadam zasadniczo raz dziennie. dużo i raz. gdzieś około 2-3 w południe. brak kolacji odczuwam, ale śniadania przestały być już moim nałogiem. nie czuję wewnętrznej potrzeby śniadań. nie mam czasu i zapominam.

(Andrzej Trzebiński, Pamiętnik, oprac., wstęp i przypisy Paweł Rodak, Warszawa 2001, s. 148)

 

Nic dziwnego, że Trzebiński został zapamiętany jako ten, który „chodził wiecznie głodny i niewyspany”. Tak w Portrecie przyjaciela pisał o nim już po wojnie kolega z gimnazjum Czackiego, a zarazem innym wybitny przedstawiciel pokolenia wojennego, Tadeusz Borowski. Wspominał jednocześnie, że Trzebiński rzucał się w oczy, „kto raz go widział, pamiętał na zawsze” :

Andrzej chodził wiecznie głodny i niewyspany. Nie miał porządnych butów. Nosił drewniaki. Ubranie miał jeszcze to z licealnej, ciasne, krótkie i wysłużone. Słynne były jego nogawki, sięgające do pół łydki. Rzucał się wszędzie w oczy. Kto go raz widział, pamiętał na zawsze. [...] Nigdy nie wiedziałem, co w nim jest z udania, z pozy, a co z prawdy, z żywego człowieka. Wielkie ciemne włosy czupurną falą spadały mu na czoło. Kiedy się zacietrzewiał lub kpił z przeciwnika, odrzucał je nagłym ruchem ręki i uśmiechał się drwiąco. Wtedy oczy jego błyskały jak żywe srebro. Uchodził za bardzo przystojnego. Nieraz kłóciłem się z dziewczętami z konspiracji o Andrzeja dowodząc, że jego czar jest czarem szarlatana. Śmiały się mówiąc, że on to samo twierdzi o mnie.

(Tadeusz Borowski, Portret przyjaciela, w tegoż: Pewien żołnierz. Opowieści szkolne, Warszawa 1947)

Andrzej Trzebiński urodził się 27 stycznia 1922 w Radgoszczy koło Łomży, skąd pochodził jego ojciec Stanisław Konstanty Trzebiński. Matka, Irena Trzebińska, z domu Lasocka, pochodziła z Wołynia. Ojciec, który był agronomem, zarządzał kolejno różnymi majątkami, więc rodzina przenosiła się z miejsca na miejsce. Najpierw mieszkali w okolicy Łodzi, potem na Pomorzu. Młodsza o cztery lata siostra Trzebińskiego Zofia będzie potem wspominać ten czas jako wyjątkowo szczęśliwy, wypełniony spacerami po polach i lasach, dziecięcymi zabawami, a także pierwszymi próbami dziennikarskimi jej brata.

Mieliśmy bardzo dobre, wczesne dzieciństwo. Mieszkaliśmy na Pomorzu na wsi, w domu z ogrodem. Prócz nas dwojga było dwoje kuzynów. W tym krajobrazie bardzo pięknym, wśród jezior i lasów świetnie się bawiliśmy. Andrzej zawsze prowokował zabawy, wymyślał je. Wtedy czytał najczęściej książki historyczne. […] Co było ciekawe, on już wtedy wydawał czasopismo. Miał wtedy, bodajże, 8-9 lat. Był jedynym redaktorem, pisarzem, autorem. To były takie wiadomości, że pies uciekł do lasu albo coś w tym stylu. I my, wszystkie dzieci z wypiekami na twarzy czekałyśmy na następny numer do wieczora, bo to pismo wychodziło wieczorem, codziennie. To było bardzo ekscytujące.

(Rozmowa z Panią Zofią Trzebińską-Nagabczyńską, „Magdaleną”, malarką, siostrą Andrzeja Trzebińskiego, rozmawia Maria Dorota Pieńkowska, w: Sztuka i Naród [katalog wystawy w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie 30 lipca-30 grudnia 2014], Warszawa 2014, s. 57)

 

W 1932 roku Trzebińscy przenieśli się do Warszawy. Zmieniali adresy, ale najdłużej mieszkali na Ochocie, przy Filtrowej, następnie przy Uniwersyteckiej, a potem przenieśli się do domu przy Śniadeckich 18, wreszcie już w czasie wojny przeprowadzili się do obszernego mieszkania przy Klonowej 20. W Warszawie Trzebiński ukończył prywatną szkołę powszechną i rozpoczął naukę w gimnazjum i liceum im. Tadeusza Czackiego. Jednym z jego najbliższych szkolnych przyjaciół stał się Tadeusz Borowski, który – tak jak Trzebiński – umieszczał swoje młodzieńcze utwory poetyckie w szkolnym piśmie „Promień Szkolny”. Obaj byli wtedy pod wielkim wrażeniem ich profesora polonisty Stanisława Adamczewskiego, m.in. autora słynnej monografii Żeromskiego Serce nienasycone, który potem będzie ich wykładowcą na Podziemnym Uniwersytecie Warszawskim. Dwa lata przed wojną piętnastoletni Trzebiński wejdzie w skład komitetu redakcyjnego „Promienia Szkolnego”. Wtedy też nauczy się na tyle dobrze języka francuskiego, że w czasie wojny będzie próbował tłumaczeń francuskiej poezji. Poza tym będzie stałym bywalcem warszawskich teatrów oraz namiętnym miłośnikiem uprawiania sportu. Tak zapamiętała to siostra Trzebińskiego:

 
W tym czasie był pod wrażeniem teatru. Chodził na wszystkie przedstawienia, a ponieważ przed wojną dosyć drogie były bilety, a my nie najlepiej prosperowaliśmy, to dawał korepetycje i za zarobione pieniądze kupował abonamenty do wszystkich teatrów, na wszystkie przedstawienia. Do kina nie chodził. Poza tym uprawiał namiętnie lekkoatletykę i ping-pong, czego ślady odnajdujemy w dramacie Aby podnieść różę.

(Rozmowa z Panią Zofią Trzebińską-Nagabczyńską, „Magdaleną”, malarką, siostrą Andrzeja Trzebińskiego, rozmawia Maria Dorota Pieńkowska, w: Sztuka i Naród [katalog wystawy w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie 30 lipca-30 grudnia 2014], Warszawa 2014)

 

W czasie okupacji Trzebiński będzie kontynuował naukę na konspiracyjnych kompletach Liceum Czackiego. Jego najbliższymi przyjaciółmi będą wtedy Tadeusz Borowski, Arkadiusz Żurawski i Jan Tarłowski, z którymi niemal codziennie będzie się spotykał w czytelni Biblioteki Publicznej przy ulicy Koszykowej. Tu Trzebiński pozna pierwszą wielka miłość swego życia, Annę Bohuszewicz, nazywaną przez niego w dzienniku Anną nr 1. W innym dzienniku, prowadzonym w tym czasie przez Giovaniego (tak koledzy nazywali Jana Tarłowskiego), został utrwalona atmosfera tamtych dni:

piątek, 19 kwietnia 1940 Powinienem w niedzielę płakać, bo dziś śmiałem się jak szalony. A to znowu z powodu Andrzeja. Jednak ten Andrzej dużo zajmuje mi papieru. Po polskim poszedłem do czytelni. (Jędrek dostał dziś czwartą piątkę z polaka. „Helikopter” [tak uczniowie nazywali prof. Adamczewskiego] rozczulił się dziś nad sobą, że dzięki Andrzejowi on, nieznany belferzyna, przejdzie do potomności.) Zastaliśmy już Krysię, a naprzeciw niej Adka. Naturalnie obaj usiedliśmy obok Adka. Przed samą piątą Andrzej mówi: „Jasiu, wyjdź już”. Ja na to: „Jak będę chciał”. Po chwili wyszliśmy razem z Adkiem. Zaproponowałem, abyśmy zaczekali w bramie i zobaczyli, jak sobie Jędruś będzie radził. Po jakimś czasie widzimy, a raczej domyślamy się za jakimś dryblasem Krysieńki. Wreszcie i Andrzej gna nieprzytomnie, nieszczęśliwy wielbiciel-poeta. Wypadliśmy nań zza rogu. Wybuchnąłem wariackim śmiechem. On, cholernie zły i rozgoryczony, nie chciał nawet z nami gadać. Poszedł do domu. wtorek, 28 maja 1940 O wpół do dziewiątej przyszedł Andrzej. Robi chłopina w spodnie przed tą chemią, że aż przykro patrzeć. […] W czytelni byłem dopiero o dwunastej. […] Wyszedłem przed samą piętnastą na obiad. Na dole Andrzej powiedział mi, że w międzyczasie były „Trucizna” i „Krasiński”, posiedziały chwilę i poszły. Aha! zapomniałem! Była też Anka. Podobno Andrzej wrzucił wczoraj list do niej. Nie wiem, czy to tak poskutkowało. W każdym razie puścił ją wolno. Może dobrze zrobił… Kto wie? Ale mniejsza z tym. wtorek, 2 lipca 1940 Z Andrzejem widuję się teraz bardzo rzadko. Tylko w czytelni Robi mi piekło o swoją powieść. Musiałem mu dać słowo, że mu ją w tym tygodniu oddam. I oddam, tylko muszę wpierw przeczytać. Zakochany na cały regulator. O Ance mógłby gadać bez przerwy. Czuję, że szuka kogoś, komu mógłby się z części przeżyć zwierzyć. Ale ja udaję zupełny brak zainteresowania.

(Z pamiętnika Giovaniego, w: W gałązce dymu, w ognia blasku… Wspomnienia o Wacławie Bojarskim, Tadeuszu Gajcym, Onufrym Bronisławie Kopczyńskim, Wojciechu Menclu, Zdzisławie Stroińskim, Andrzeju Trzebińskim, zebrał i oprac. Józef Szczypka, Warszawa 1977)

 

Latem 1940 roku Trzebiński i Borowski zdali konspiracyjnie maturę, a następnie rozpoczęli studia polonistyczne na podziemnym Uniwersytecie Warszawskim. W tej samej grupie studiowali także m.in. Wacław Bojarski, o. Dionizy Januszewski, Wanda Leopold, Stanisław Marczak, Maria Rundo „Tusia” (późniejsza żona Borowskiego), Maria Szmydtówna, Stefan Świeżawski. (Ich wykładowcami byli przede wszystkim). Wśród wykładowców mieli przede wszystkim sławnych przedwojennych profesorów – Stanisława Adamczewskiego, Wacława Borowego, Juliana Krzyżanowskiego, Witolda Doroszewskiego, Zofię Szmydtową. Zajęcia odbywały się w prywatnych mieszkaniach studentów i profesorów, co miało wpływ na ich niepowtarzalną atmosferę. Borowski opisał ją potem w opowiadaniu Profesorowie i nauczyciele, gdzie uwiecznił Trzebińskiego jako tego, który chętnie brał udział w intelektualnych dyskusjach i sporach:

Jeszcze dziś pamiętam smak dyskusji z pierwszego roku uniwersyteckiego. Olbrzymi Andrzej, ten, który jeździł rikszą, potrząsał bujną czupryną podczas sprzeczek. W zielonym świetle lampy na tle brązowych grzbietów książek wyglądał jak duży, nieoswojony kot, który się złości. Kiedy za oknem zapadał wieczór, a wzdłuż błękitnej szyby bezszelestnie zsuwały się duże, miękkie płatki śniegu, ząb za ząb kłóciliśmy się o elementy struktury Pana Tadeusza, o wzajemne powiązanie żywiołu lirycznego i epiki w Beniowskim Słowackiego, o rolę opisu przyrody w dziele literackim, tworząc wraz z Andrzejem nieprzejednanie wrogi front przeciw dziewczętom i atakując bezlitośnie ich referaty. Profesor skręcał jednego papierosa za drugim i uśmiechał się w milczeniu, wyraźnie ubawiony gorączkowym sporem, następnie zaś prostował nieścisłości, uczył myśleć i wysławiać się naukowo.

(Tadeusz Borowski, Profesorowie i studenci, w tegoż: Pewien żołnierz. Opowieści szkolne, Warszawa 1947)

 

W czasie studiów na podziemnym uniwersytecie Trzebiński poznał Wacława Bojarskiego, który stał się wkrótce jego najbliższym przyjacielem zajmując niejako miejsce Borowskiego. To dzięki Bojarskiemu Trzebiński poznał środowisko konspiracyjnej organizacji Konfederacja Narodu, wywodzącej się ze skrajnie nacjonalistycznej i antysemickiej przedwojennej ONR „Falangi”. Obaj wkrótce stali się członkami i działaczami Konfederacji, obaj też byli zaangażowani w powstanie „Sztuki i Narodu”, pisma związanego z KN, a zarazem posiadającego daleko idącą autonomię, dzięki czemu stało się ono najważniejszym pismem literackim czasów okupacji w Polsce, jednym z pism wkraczającego wtedy w życie kulturalne w warunkach konspiracji pokolenia wojennego. Pierwszym redaktorem „Sztuki i Narodu” był Onufry Bronisław Kopczyński, utalentowany muzyk i przedwojenny publicysta prasy nacjonalistycznej. Drugim – Wacław Bojarski. Trzecim z kolei – Trzebiński, który objął redakcję po śmierci Bojarskiego na początku czerwca 1943 roku i kierował pismem do swojej z kolei śmierci w listopadzie 1943 roku. Z jego Pamiętnika widać, jak wiele czasu i energii poświęcał „Sztuce i Narodowi” – od zamawiania tekstów i egzekwowania ich od autorów, poprzez redakcję i kompozycje pisma, aż do wyszukiwania środków na jego druk oraz dbałość o kolportaż. „Sztuka i Naród” była także dla Trzebińskiego trybuną prezentowania własnych utworów literackich, artykułów publicystycznych, tekstów krytycznych. Nie było ani jednego numeru, w którym wśród autorów nie pojawiłby się jeden z literackich pseudonimów Trzebińskiego: Paweł Późny, Stanisław Łomień czy Jerzy Biniewicz. Jego twórczość to w sumie kilkadziesiąt utworów poetyckich, tłumaczeń i piosenek, dramat Aby podnieść różę, nieukończona powieść Kwiaty z drzew zakazanych, kilkanaście szkiców i artykułów publicystycznych, a do tego prowadzony z dnia na dzień Pamiętnik, który niestety zachował się tylko częściowo.

Każdorazowy redaktor naczelny „Sztuki i Narodu” wchodził w skład kierownictwa Konfederacji Narodu jako kierownik Pionu Kulturowego. Dodatkowo Trzebiński przez niemal rok był kierownikiem Biura Kolportażu wydawnictw Konfederacji Narodu. Wtedy żył już nie tylko bardzo intensywnie, ale i bardzo niebezpiecznie. Był wciąż narażony na aresztowanie, kilkadziesiąt razy zmieniał mieszkanie. Żył w ciągłym napięciu i niepewności. Takiego spotkał go wtedy przypadkiem przyjaciel z Czytelni na koszykowej Giovani, co zapisał w swoim dzienniku:

niedziela, 23 listopada 1942 Wczoraj rano pierwszy raz po chorobie widziałem się z Andrzejem. Zupełnie przypadkowo spotkałem go na ulicy na przystanku dziewiętnastki. Stał za budką z gazetami i głupio – jak to on – uśmiechał się. Z gołą, zwichrzoną głową (koniec listopada), w swej starej, dobrze mi znanej deszczówce i spodniach pseudowojskowych wyglądał nader niezwykle. Zaczęliśmy gadać. Właśnie wyrzucili go z mieszkania, szuka nowego. Nie spał właśnie cztery noce pod rząd. Stwierdzam, że pobił mój rekord. Przy okazji wspominam o cyjanku. Pogardliwie wydyma wargi. - „My” takich środków nie używamy. U „nas” się ludzi odbija… Co, nie słyszałeś o tym? Hę? Zaskoczył mnie i dotknął do żywego. Zaczynam się odgryzać. Ale on ma gadane! ho! ho! nie byle jakie.

(Z pamiętnika Giovaniego, w: W gałązce dymu, w ognia blasku… Wspomnienia o Wacławie Bojarskim, Tadeuszu Gajcym, Onufrym Bronisławie Kopczyńskim, Wojciechu Menclu, Zdzisławie Stroińskim, Andrzeju Trzebińskim, zebrał i oprac. Józef Szczypka, Warszawa 1977)

Najtrudniejszy okres w życiu Trzebińskiego nastąpił tuż po tym spotkaniu, na przełomie 1942 i 1943 roku. Wtedy miała miejsce wielka „wsypa” w Kolportażu, którym kierował. Miała ona miejsce 11 grudnia 1942 roku przy ulicy Emilii Plater w czasie rozdzielania dziennika KN „Nowa Polska. Wiadomości Codzienne”. Aresztowano wtedy dziewięć osób, co Trzebiński bardzo przeżył, tak samo jak późniejsze aresztowanie jego najbliższej współpracowniczki w Biurze Kolportażu Aleksandry Chrzanowskiej „Iwony”. Koniec 1942 roku i pierwsze miesiące 1943 roku to dla Trzebińskiego czas ukrywania się przed gestapo, które go intensywnie poszukiwało, ciągłej zmiany mieszkań, nieustannego zagrożenia aresztowaniem. Wtedy zmienił konfederacyjny pseudonim (z „Nabielaka” na „Chrostowskiego”). Miejscem oparcia stało się dla niego dopiero mieszkanie przy ulicy Pańskiej, należące do starszej od niego o blisko dziesięć lat Anny Woroncow, nazywanej w Pamiętniku Anną nr 2, z którą będzie Trzebińskiego łączyła bardzo silna, choć nie pozbawiona napięć, relacja emocjonalno-erotyczno-intelektualna.


Ostatnie miesiące życia Andrzeja Trzebińskiego to znów czas naznaczony tragicznymi wydarzeniami. Najpierw, 13 maja 1943 roku miała miejsce jedna z najtragiczniejszych wpadek w historii Konfederacji Narodu, kiedy w jednym z warszawskich mieszkań konspiracyjnych Niemcy zaskoczyli dowództwo Uderzeniowego Batalionu Szturmowego. Śmierć poniosło wtedy kilka osób Konfederacji, w tym znany dobrze Trzebińskiemu Jerzy Cybichowski „Smoleński”, zarówno od kul niemieckich, jak i popełniając samobójstwo. Niecałe dwa tygodnie później odbyła się katastrofalna w skutkach akcja złożenia wieńca pod pomnikiem Mikołaja Kopernika, w wyniku której Zdzisław Stroiński, jeden z twórców środowiska „Sztuki i Narodu” znalazł się na Pawiaku (skąd niemal cudem udało się go potem wyciągnąć), a ciężko ranny w brzuch Wacław Bojarski, najbliższy przyjaciel Trzebińskiego, zmarł po dziesięciu dniach.


Wtedy właśnie Trzebiński przejął po Bojarskim redakcję „Sztuki i Narodu” oraz zaangażował się w tworzenie Ruchu Kulturowego, który miał być miejscem skupiającym młodych pisarzy, artystów i ludzi kultury z różnych środowisk dążących do przebudowy podstaw polskiej świadomości kulturowej. Zarówno „Sztuka i Naród”, jak i Ruch Kulturowy były formalnie podporządkowane Konfederacji Narodu, ale Trzebiński, indywidualista o bardziej silnej osobowości i naturze nieznoszącego sprzeciwu przywódcy, chciał samemu podejmować decyzje i narzucać swoją wolę innym. To doprowadziło go do konfliktu zarówno z władzami Konfederacji (częściowo potem załagodzonego), jak i konfliktu w obrębie Ruchu Kulturowego. Jak również do zachowań coraz to bardziej brawurowych i nierozważnych. Mimo przestróg przyjaciół, Trzebiński z fałszywą kenkartą na nazwisko Andrzej Jarociński jadał nielegalnie obiady w jednej ze stołówek fabrycznych na Ochocie. Na początku listopada 1943 roku został tam zatrzymany i przewieziony na Pawiak. Był to bardzo gorący czas akcji przeciwko okupantowi i reakcji w postaci łapanek, aresztowań i ulicznych egzekucji. W jednej z takich egzekucji, 12 listopada 1943 roku, został rozstrzelany Andrzej Trzebiński. Relację z tego wydarzenia spisał potem jego naoczny świadek, pracownik pobliskiego banku:

Około godziny 10.30 nadjechały wozy gestapo i zatrzymały się u zbiegu ulic Nowy Świat, Warecka i Ordynacka. Usłyszeliśmy wrzaski, które były nam znane, bo tylko hitlerowcy mogli tak krzyczeć. Zrobił się popłoch na ulicach, które natychmiast opustoszały. Ulice zostały zamknięte kordonem. [...] Na skrzyżowaniu ulic ustawił się szereg Niemców, obróconych twarzami do domów, z uniesioną do góry, gotową do strzału bronią maszynową – aby nikt nie mógł zbliżyć się do okien. Następnie nadjechały dwa samochody ciężarowe kryte brezentem. Wywłóczono z nich ludzi zakapturzonych w jakieś zasłony z tkaniny papierowej, tak że twarzy nie było widać. [...] Nastąpiła pierwsza salwa. Po 5-10 minutach nastąpiła druga salwa, a następnie po pewnym czasie trzecia. Usłyszałem jeden słaby jęk i następnie 5 czy 6 po sobie następujących pojedynczych wystrzałów. To hitlerowcy dobijali tych, którzy od razu nie zginęli. Bezsilność, którą przeżywałem, była tak ciężka, że czułem ból serca i nie mogłem wymówić ani jednego słowa. Gdy przyszedłem do równowagi, znów zerknąłem w szparę zasłony okna. Przeraziłem się: nigdy w życiu nie widziałem naraz tyle krwi ludzkiej, która płynęła chodnikiem przed oknem banku. W szczelinie z prawej strony mignęły ludzkie ciała, które były wrzucane na samochód jak popadło. Następnie znów nadjechały wozy, które miejsce zbrodni zlały wodą. Wyszorowano chodniki i nasypano żółtego piachu, aby nie było widać krwi

(A. Chomicki, „Stolica” 1966, nr 5)

 

Andrzej Trzebiński nie ma żadnego grobu, choćby symbolicznego. W miejscu, gdzie zginął, jest tablica upamiętniająca tamto tragiczne zdarzenie, ale nie wymieniono na niej żadnego nazwiska.